|
|
zimno.blog.pl 1.917 - wiesz, jaka to jest gra, - Nowy Człowiek staje mi za plecami i z rozbawieniem melduje. – że się kładzie dzieciaka do łóżka i się czeka, aż on się rozryczy … bo Erna wpadła – na zabój - w erę gier komputerowych. - … a później się robi, co on chce … - ciągnie Nowy Człowiek. Erna klika z uczuciem. - szybko! – Nowy Człowiek macha dłońmi. – klikaj na dzieciaka! Erna zagryza usta, kursor hasa, myszka skwierczy. game over. - tym małym! za późno. Erna łypie złowrogo. wstaje z krzesła, porzuca komputer. - tejas pani piejęgniajki nie ma. – mówi. – bo to JA jestem panią piejęgniajką. - nie, - Nowy Człowiek macha głową. – nie jesteś panią pielęgniarką, tylko STERUJESZ panią pielęgniarką. Erna prycha przecząco. z feministycznego arsenału gier Erny: ubieranie lalek. gry fryzjer. opieka nad dziećmi. supermarket. delfiny. gry miłosne. ewentualnie: fashion, makijaż, projektowanie bransolet.
***
![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() by zimno | 2010-09-05 22:28:51 | skomentuj! (3) . => Ellana: :)))) => zona-meza: droga co prawda nie jest taka nowa, bo od-ubiegłoroczna, ale dobrych życzeń nigdy nie za dużo :) => czarownica: instruuję NC w kwestii poszukiwania wolności w sobie. więc – nawzajem, że tak to ujmę ;) => ilu: ten blog już od dłuższego czasu nie jest ani kalendarium, ani tablicą ogłoszeń. niestety albo na szczęście. => czara: a ja jak, uch … => ala: och, towarzysko głównie. => zuza: uuu, niedobrze. => crazy-house: dam oczywiście znać. Ty też, jakby co! ;) => kolorki: na szczęście nie NAM, a JEMU wyłącznie ;)))))) => dora: NC ma w szkole szafkę na przybory. a tornister nie jest opasły, tylko to taki model, moda w klasach I – III ;)))) => eks1991: anonimowe wypisywanie takich komentarzy winno być ścigane z adekwatnego paragrafu. => P.: a dlaczego ma się oglądać? hm? by zimno | 2010-09-05 22:28:50 | skomentuj! (0) 1.916 Rano jest plus jedenaście, ale nadal walczę, po pracy zakładam sandały bez palców. Brr. Tymczasem - na czerwonych światłach błyskawicznie przegarniam pudełka z płytami. Ta! Szybka polka się synchronizuje idealnie z tempem moich po-południ i po-ranków i nie epatuje żadną niekonieczną wokalizą. Dość mam wokaliz. - Może być? – pytam Ernę. Erna podpiera główkę palcem. - A ja bym wojała – odpowiada. – tak: wie-wió-jeć-ka-ma-ła-po-je-sie-bie-ga-ła, ja ja ja ja ja ja ja, po jesie biegała … - Fenomenalne. – mówię. – ale … - … i spotkała inną wiewiójećke … - zawodzi Erna. - i jazem śpiewały … i spotkała jezika, tańczili wajczika … Tara-rara, tara-rara metodycznie akompaniuje Ernie Strauss. Budzik: siódma osiem. Między siódmą dziewięć a pierwszą kawą w pracy – nie pamiętam. Mam osiem rąk, jak Kali. - Mama, - jęczy Erna. – a mnie nadaj boji kciuk! Dalej! Dalej! Szybciej płatki z mlekiem, prędko spleść warkocze, wyjeżdżamy! Erna się nadyma, Silny siedzi okrakiem na skuterze-pchaczu i emituje onomatopeje, wariacje na temat: jadę! - Mama, - lamentuje Erna. Wolno człapie w stronę korytarza. – boji mnie nadgajstek fkojanku! Mama! Dalej, dalej. Ten przysłówek to synonim końca wakacji. Obmierzłe dalej, dalej. - Mama! – suplikuje Erna. – Boją mnie plecy! TU-MNIE-BOJĄ-PJECY! MAMA! - Buenos días, gadzinka! – Nowy Człowiek wbija w Ernę rozbawiony palec. Jest szesnasta pięćdziesiąt dwie. Szkolny parking. - Buenos días, wiesz, co to znaczy? Erna nie wie. Nowy Człowiek - tak, bo odbębnił pierwsze trzy kwadranse z hiszpańskim. Słowem – u nas ciągle przezabawnie. ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() Przejmujący smutek tych fotek dotarł do mnie dopiero po wrzuceniu ich do notatki. by zimno | 2010-09-03 23:37:05 | skomentuj! (19) .
by zimno | 2010-09-03 23:37:04 | skomentuj! (0) 1.915 śpiewamy z Erną na całe gardła: kocham ten stan! [praktyka miejskiego tao – światła/hamulec/gaz] cudowne sam na sam! kawa i ja! Erna chłoszcze niewidzialne gary. papierosy, kawa, ja! - mamuś, a ja nie bende pajiła papiejochów, bo … - Erna zastyga wpół drogi do imaginacyjnego werbla. unosi palec. – bo … - tak? - … i fajeczek poza tym, bo … - tak? - bo nie umiem! – Erna z ulgą wypuszcza powietrze. – mamuś! – Erna jest na tropie prawdy. kocham ten stan skanduje głośnik/ wibruje talerz/ stoi korek. – a nie można – rzecze Erna. – ani papiejochów, ani fajeczek wkładać do kieszeni poza tym ... - a dlaczego? – pytam. - bo nie wiem. przejściem dla pieszych sunie kobieta w butach z wywiniętym czubkiem. nie ma twarzy, chybocze łaciatym parasolem. doprawdy groteskowe obuwie, dumam. - a właśnie, że łatwo. – mówi jakiś czas później Nowy Człowiek. gotuję późny obiad, huśtam Silnego na nodze, referuję niedorzeczne anegdoty, filtruję znużenie po biurowej dniówce. – wystarczy zapalić … - ciągnie Nowy Człowiek. – i wypuścić. Erna pogardliwie wydyma usta. antagonizm jest wbudowany tak w jedno, jak w drugie. o trzecim – póki co nie wiadomo. [antagonizm i nieprzebrane pokłady bratersko-siostrzanej solidarności, zależnie od warunków]. - zaczyna padać. – komunikuje Erna. biegnie w stronę plusku wody. - a była ci potrzebna ta wiadomość, że zaczyna padać? – poważnie pyta Nowy Człowiek. - pewnie. – mówię. - a do czego? - no wiesz, do wszystkiego. Silny zgniata w palcach dojrzałą malinę. radośnie przestępuje z nogi na nogę. owoc wymyka mu się z dłoni. - a powiedz serio. – drąży Nowy Człowiek. - no serio. Silny miażdży owoc stopą. - zamknęłam drzwi! – raportuje zdyszana Erna. wpada, trzepocząc dłońmi, do kuchni. – bo jusz pada tak, że głowa boji! – Erna szczodrze gestykuluje. - ujewa po pjostu! Nowy Człowiek wstaje od stołu i wolno człapie na piętro. Silny chowa głowę w ramionach, wysuwa głowę, wybucha śmiechem, biegnie. malinowy ślad ciągnie się za nim przez kilka kroków do pokoju. - mamuś, - Erna patrzy na mnie z ufnością. – a ujewa to jest takie coś, że bajdzo pada i jest bajdzo zimno, to znaci wiatj i deszcz? woda na ryż zawrzała. - mhm. – mówię. dzwonek telefonu. - mamuś, - piszczy Erna. wyciąga w moją stronę zaciśniętą piąstkę. – aje Zuza miała w takim kojorze złotą spinke! - ta jest czerwona. – bąkam. w pośpiechu wertuję zawartość torby. - aje miała! Zuza! - SŁUCHAM??? – krzyczę wprost do mikrofonu. w słuchawce zgrzyty i szumy.
***
to wszystko moje/moje ;))) ![]() by zimno | 2010-08-20 23:41:04 | skomentuj! (27) 1.914 leżę na ławce z książką na twarzy. idealnie. doskonałe nasłonecznienie, optymalna liczba dzieci baraszkujących na trawie. zimny napój w zasięgu ramion. szuaaa-k! wiatr przeczytał rozdział. Dawca się schyla nad trójkołowym pojazdem, Silny dosiada roweru okrakiem, Dawca pcha. szuaaa-k! - mama! – Erna się bezceremonialnie przysiada, rozpycha, bezpardonowo instaluje na moich łydkach w procesie opalania. – mama, a fszysko się psuje? nawet ujubiona szafa? zdaje się, że macham spod książki, że tak. - … nawet złota spinka? jasne. - y – y – y. – Silny pomrukuje rytmicznie. schodzi z pojazdu, wspina się, schodzi, zahacza stopą o ramę. - a wiesz, - gorączkuje się Erna. – Zuza miała całą! złotą! spinkę! niemrawo odgarniam kartki z twarzy. szelest. - Zuza to moja kojezianka. – tłumaczy Erna. – mamuś, wipiłam całe! o. pusta szklanka. - mamuś, – Erna łypie błagalnie. im więcej nielatów na stanie, tym ważniejsza aplikacja „skupić i zatrzymać na sobie uwagę”. - mamuś, popjosie sinećke bez skójki! konsternuję. beletrystka opada pod ławkę. - sinećka jest najzdrowsia! – Erna recytuje z dziką emfazą. rozciąga usta w maksimum szpagatu mięśni twarzy. ma mimikę Kaczora Donalda. nadchodzi Nowy Człowiek i się sadowi z ociąganiem na moich wyciągniętych kolanach. otwiera usta, w milczeniu, metodycznie manipuluje zębami. sprawdza szanse na wróżkę jutro rano. - matko! – krzyczy Erna. macha głową! uruchamia gestykulację! – zajas nie bendziesz miau w ogóje zembóf! Nowy Człowiek patrzy na Ernę z politowaniem. by zimno | 2010-08-15 23:47:42 | skomentuj! (5) 1.913 w miarę upływu tygodnia pokoje zarastają nalotem z raz po raz używanych zabawek, z kartek i z karteluszek w motywy zwierząt i księżniczek, w kącie kanapy kuli się kłęb różowego kocyka, na biurku rośnie sterta korespondencji, w łazience zległy ledwo nadczytane tygodniki, otwarte na ostatnim artykule, mam go w połowie od rannego mycia zębów, buty w pięciu rozmiarach zrywają się na wolność na podłodze korytarza, każdy na własny azymut, na blacie w kuchni wzeszły zasieki z toreb ze świeżym i z czerstwym pieczywem, kosz na brudną bieliznę już w środę arcy-napęczniał, treść lodówki się przetrzebiła. plan na weekend: okiełznać. beznadziejna walka z materią. materia w chronicznej ofensywie.
***
by zimno | 2010-08-13 23:34:26 | skomentuj! (7) 1.912 Wychodzimy i Erna zakłada japonki z kwiatem, buty na pajusiek z wyprzedażowej kolekcji sieciówki na ha. - I tejas wigjondam, - pyta. – mama, jak hiśpanka idzie do pjacy? Wolno człapie korytarzem, rozważnie zarządza marszem, bo cienka żyłka japonek uciska ją między palcami. Ostatecznie strząsa klapki pod ścianą, ukradkiem i symuluje przypadek. - Piki, włósz tu noge, - pochyla się nad bratem, zagaduje modową porażkę. – wygłupiaczu jeden, włósz tu, no dajej! Silny bez oporu wypręża odnóża wprost w Ernę. Po chwili jest ubrany. - Mama, - chwali się Erna. - załoziłam sama Pikiemu buciki! Mama … - zawiesza głos. – a ja powiedziałam cioci, że Kuba jest bajdzo kościowaty … Mamuś, - czeka na moją reakcję. - zobač, jaki mam magičny pajec … - Erno, - szepcę [pakuję torbę z prowiantem, zakładam buty, przekręcam kluczem bęben zamka]. – musisz tyle gadać? Erna nie zastanawia się nad ripostą. - Tak. – odpowiada. - Bo mam tyje miśji w tej głowie, że jusz nie mogę … I nawet tak załamuje ręce, jakby ją też to wykańczało. Jakiś czas później siedzimy nad lodami. Pada. Erna smętnie zlizuje warstwę po warstwie. - Tejas tu są takie ponuje te wanijje. – biada. – Kiediś biły inne ... No sama spjóbuj … Próbuję. Fakt. Wanilia jest posępna, jak środek listopada. - Mama, - Nowy Człowiek je lodową czekoladę. – a północ trwa tylko minutę, tak? - Ma-ma-ma. – skanduje Silny. Siedzi u Dawcy na kolanach. Odgryza końcówkę pustego wafla, później skubie chrupki brzeg pucharka na gałkę, później znowu końcówkę i znowu brzeg, szczodrze sieje okruchami – po podłodze, po spodniach Dawcy. - … Aje gdibi sie miało takie trzy gjube włosy, - monologuje Erna. – mama, to bi każdy mówił o!, masz takie trzy gjube włosy. Mamuś? … Silny powiedział pa-pa baba w adekwatnej sytuacji, robi skok ewolucyjny na potężną skalę :) by zimno | 2010-08-08 09:33:40 | skomentuj! (7) 1.911 1. - Mama, - Nowy Człowiek pochyla się nad obiadem. – ma, a kalafior to po francusku jest brokuł? Wbijam widelec w różę kalafiora z majonezem, jedzie Barańczakiem, podoba mi się idea, żeby tłumaczyć desygnaty, ocalone w tłumaczeniu, „kalafior” przełóż na „brokuł”, kapustę przełóż na sałatę. - Nie, - rzecze Dawca. – chou. Dawca dawno nie był w swoim kraju. I nie przywiązuje wagi do warzyw. - Chou-fleur. – bąkam cicho. - Fjej? – dziwi się Erna. – kfiatek? Dużo kwiatków. Obchodzimy dzisiaj z Dawcą taką rocznicę, że najstarsi ludzie nie pamiętają. My pamiętamy. I się dziwimy, bo szybko zleciało. - Mamuś, choć tu! Erna pobiegła do swojego pokoju, teraz biegiem wraca. - U mnie jest pełno takich jobajów, co piją kjef! - Komarów? – pytam z flegmą. Przychylam się do tezy, że kropla mojej krwi może je ocalić, ich rodziny, ich komarze plany. - Dokuadnie nie wiem, - gorączkuje się Erna. – co to jest, aje jata, jak szajone! Gnam. Przede mną Erna, Silny za nami.
3. by zimno | 2010-08-05 22:39:17 | skomentuj! (18) 1.910 a tak akcja „souvenir z Casale Marittimo” wyglądała naprawdę ;))))
***
Nowy Człowiek na potęgę pluje zębami. A to górna jedynka mu wypada na płatkach zbożowych [Nowy Człowiek mówi „niezły patent!”], a to dolna dwójka zostaje na szczotce do zębów, budynieję na myśl, że nie tak dawno sama mu je zrobiłam inside, a on teraz z nich wyskakuje, z reliktów po byciu jaszczurką czy żabą, kolejna wylinka z matki. Budyń. Erna trze szczękę okrężnymi ruchami. Bardzo by chciała sprowokować wróżkę-zębuszkę. Potrzebuje gitary. - Gitara – mówię. – jest za duża, jak na prezent od zębatej. Chyba, że będzie taka – zbliżam do siebie kciuk i palec wskazujący. – mała. Erna odwraca głowę. - Mamuś, - zmienia temat. – a ciemu Piki nie mije tą szciotką? Bo Silny też akurat dba o higienę jamy. Przy użyciu akcesoriów brata. - Zapytaj. – mówię. Erna się pochyla nad Silnym, delikatnie obejmuje jego bark. Trzyma w palcach szczotkę do zębów dla niemowlaków. - Ga ga ga. – rzecze. Wznosi i opuszcza melodię zdania. – A ga ga ga? Gaaa-gaaa? Silny niepewnie łypie na siostrę. Bąka: - Mama? - On mówi, – wtrąca Erna. – że nie chce mić na tą szciotką, bo ta szciotka jest dja małych, a nie dja duzich. Silny milczącym akceptem potwierdza taką wykładnię. - A ja, jak bende duzia, - ciągnie Erna. – to nie bende jadła, tyjko zdjowe zieci… Kiwam głową, że fajnie. - … A ftedy bende ziła tak długo, - pyta Erna. – aż umje? Odpowiadam: - Tak. by zimno | 2010-08-04 23:11:38 | skomentuj! (4) 1.909 Ruszyliśmy przed siebie na odległość snu nielatów. Lokatorzy tylnej kanapy zasnęli szczerym snem półżywych, kiedy tylko temperatura we wnętrzu samochodu spadła do dwudziestu kilku stopni. Chłodna Arkadio! O, kojące właściwości powiewu z wylotów klimatyzacji! Hymn pochwalny. Na zewnątrz powietrze płonęło, drżało, czterdzieści siedem kresek powyżej zera, w tej samej - co zwykle - skali i w półcieniu wchodziło w spektakularne reakcje z piaskiem na plaży [nad morze bez pantofli? fakir! fakir!], z naszymi ciałami, z psychiką nielatów [Zabierz mi to suońce, – wyła Erna. - mama! Idź w linii cienia! – zdroworozsądkowo instruował wtedy Dawca]. Jechaliśmy wolno wzdłuż skalistego wybrzeża, później przez pola słoneczników, na przełaj wśród gajów oliwnych, drogą między pachnącymi szpalerami tymianku. Tylna kanapa równomiernie posapywała na trzy zsynchronizowane zipnięcia, na pojedyncze pomruki. Wreszcie, posłuszne bezdźwięcznej komendzie, sapanie znienacka ustało. - Ma? – rzekł Nowy Człowiek. - Mamuś? – pisnęła Erna. - Maaa-maaa! – zawtórował Silny. PIĆ! - Możemy – powiedziałam. - stawać. Kamienna wioska oblepiała niewielkie wzniesienie. Bez pośpiechu wtoczyliśmy się po wąskiej serpentynie w stronę wyznaczoną drogowskazem „centro”. Droga schylała się łagodnym łukiem wprost na mały parking. Starszy mężczyzna metodycznie napełniał kolejne baniaki wodą z kranu w kamiennej altanie. Dawca zaparkował w cieniu. Wolno wspięliśmy się mroczną, brukowaną ulicą. Doszliśmy do wąskiego placu wciśniętego w ramę żółtych fasad. Po lewej stronie, powyżej linii rynku stał kościół. Przed nim - rząd białych, plastikowych krzeseł, pustych o tej porze dnia, lokalne teatro z panoramicznym widokiem na nieckę u stóp kamiennego miasta. Po przekątnej kościoła, w dole mieściła się ristorante. Kamienna miejscowość wyglądała na wymarłą – gdyby nie łopoczące w oknach pranie i gdyby nie doniczki z kwiatami na stopniach domów. Rozgarnęliśmy kolorowe tasiemki w otwartych drzwiach restauracji. - Gelati. – nieśmiało wyartykułował Dawca. Succo! Acqua! Młoda kelnerka spojrzała na przestrzał nas. Nie istnieliśmy w jej bieżących realiach, zgraja barbarzyńców o spoconych twarzach. - Siesta! – oznajmiła władczo. Najbliższe gelati o dziewiętnastej, a dochodziła czwarta. Nielaty, jak na bezdźwięczną komendę, uruchomiły sygnał dźwiękowy w trzech gardłach. Na tarasie ristorane wypiliśmy ciepłe soki dobyte z plecaka i zjedliśmy paczkę herbatników. - Pamiątka! – rzekłam na osłodę. – Jest sklep z pamiątkami! Na jednej z fasad zawieszono stelaże z pocztówkami, pod nimi stał rząd koszy, wypełniony obfitością lokalnych souvenirów made in China. Twarze nielatów rozbłysły jasnym światłem. Ruszyli biegiem, odważnie trawersując żarzące się powietrze nieocienionego placu. Wpadli do sklepu z furkotem plastikowych zasłon, ja za nimi, wewnątrz wzniecili entuzjastyczne gdakanie, czy pocztówka na pamiątkę, czy raczej zabawka, pocztówka, zabawka, zabawka zabawka. Jaka szkoda, że cena plastikowego drobiazgu znacznie przekraczała dwueurowy budżet, co ze smutkiem skonstatował Nowy Człowiek, więc stanęło na pocztówkach dla każdego. Ostrożnie zsunęliśmy je ze stelaży. Jęzkiem-melanżem ze słów w kilku dialektach i z gestykulacji dałam do zrozumienia właścicielce przybytku o zamiarze transakcji. Ekspedientka, starsza szczupła kobieta w czerniach metodycznie układała kolorowe czasopisma na półkach poniżej lady. - Już lecę. – rzekła w lokalnym narzeczu. Założę się, że tak powiedziała. - Immediatamente. – podkreśliła żarliwie i nie przerwała układania. – Immediatamente. I układała, układała. Na ulicy, przed sklepem Dawca odbijał z Silnym piłkę w siatce z żyłki ze sklepowej wystawy. Immediatamente. Immediatamente. Pachnące, gęste powietrze drżało. Konsystencja mocno posłodzonej herbaty. Immediatamente. Pocztówkę z Casale Marittimo oparłam po przyjeździe o stelaż biurkowej lampy. --- a tutaj San Gimignano. ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]()
***
![]() od wczoraj, pierwszego sierpnia jest z nami, na razie zdalnie, Mała Oli, trzyipółkilogramowa raperka LLLAIT! LLLAIT! niech świat Ci będzie miłym miejscem, LLLALKO :) gratulacje dla mamy i taty, Strasznej Ciotki i Wujka Andy! by zimno | 2010-08-02 23:42:58 | skomentuj! (17) 1.908
![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() by zimno | 2010-07-28 23:33:27 | skomentuj! (9) 1.907 - co ci się – chcę być miła. – śniło, – pytam. – Erno? - taka wiejka … – zaczyna Erna i zawiesza głos. usiadła wyprostowana pośród nieładu poduszek, na zmiętych prześcieradłach. - ciajna kjopka. – Erna zatacza kręgi ręką, lekko się uśmiecha. więc to nie był zły sen. raczej taki/sobie, mógłby być lepszy. - ma-a, - to już Nowy Człowiek. zwisa z łóżka głową w dół, mierzy mnie przenikliwie. – a każdego centymetra świata nie da się zwiedzić, prawda? - nie da się. – potwierdzam. ale Nowy Człowiek mimo wszystko chciałby, niemożność napawa go smutkiem. pasję paleontologa marzy połączyć w przyszłości z pasją podróżnika. - a wszystkie miejscowości? – pyta. też się nie da. wiedza o ograniczeniach jest w pakiecie z dorastaniem, Nowy Człowiek tymczasem nadal widzi głównie swój potencjał, nie uznaje przeszkód. świeże to, przyznaję, i pełne wdzięku. - a czemu? – pyta. - bo miejscowości jest za dużo. – mówię. nie dodaję, że zbyt wiele, jak na czas, jaki mamy. - a skąd ludzie wiedzą, - drąży Nowy Człowiek. – że wszystkie kraje już odkryli? - ma-ma-ma. – rzecze Silny. między sylabami puszcza bąble ze śliny. - wiedzą. – mówię. Nowy Człowiek kiwa głową, nie sądzę, żeby mi wierzył. jest głęboko prekolumbijski, ja - jakaś ponowoczesna. a przez najbliższe notki zamierzam być gadatliwa na jeden temat. bo ładnie tam było. ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]()
Piza, Volterra.
by zimno | 2010-07-26 23:49:10 | skomentuj! (11) 1.906
![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() by zimno | 2010-07-24 23:49:30 | skomentuj! (25) 1.905 pokrój – nie za drobno – trzy duże, dojrzałe pomidory. dobre osiągi w technologii wykluczania ma autor okładki ostatniej „Polityki”, jeden nietrafiony zaimek osobowy, jedno zbędne „nam” między „wyborcy Grzegorza N. wybiorą” a „prezydenta” i neutralne w sumie, quasi-analityczne zdanie trąci klaustrofobicznym zaduchem, podziałem na naszych i onych. mi w sumie równo, ale wydawca tytułu jest nadal, to przecież nie wstyd, spółdzielnią, więc skąd ten demonstracyjny wstręt do lewicowców. natkę pietruszki spłucz pod zimną bieżącą wodą. nie znam statystyk zdarzeń kryminalnych na monitorowanych parkingach centrów handlowych. tym bardziej ich nie znam w rozbiciu na płeć ofiar [śmiem sądzić, że nie są wysokie], ale za akcją „parking for ladies” w CH Malta stoi nie tyle, jak się okazuje, dbałość o bezpieczeństwo naszych kochanych pań, aż się chce cmoknąć w rączki, ile błyskotliwa obserwacja dyrekcji – panie parkują głównie na poziomie zerowym, więc dajemy im fory. a parkują na parterze, bowiem – informacja dla tych, którzy nie bywają w CH Malta – bowiem przejazdy na kolejne poziomy wciśnięto w wąskie, wysoko zabetonowane przesmyki, w które nie sposób wycelować na raz dużym samochodem, a i mniejszy nietrudno jest otrzeć. nie znam mniej przyjaznego parkingu wielopoziomowego, niż ten w CH Malta. [Dawca siedzi nieopodal, kiwa twierdząco głową] ser mozarella skrój w kostkę. zakładam, że może być wygodnie przechodzić do porządku dziennego nad przejawami stygmatyzacji [co mi tu z punktu nasuwa asocjację z dyskusją o rzekomo neutralnym światopoglądowo serwowaniu zupy w spocie kandydata na fotel]. wygodnie nie znaczy rozumnie. a wracając do technik kierowania samochodem - jeżeli „parking for ladies” miałby być miejscem o poszerzonych stanowiskach, żeby łatwiej wyjąć i włożyć dziecko z fotelika do wózka – ok. ja też nie lubię żonglować Silnym między zderzakiem śmieciarki a przemykającymi karoseriami cudzych samochodów. tyle, że moje liczne potomstwo bywa – bywa – w miejscach publicznych wyłącznie z ojcem. ciąg dalszy tego ciągu rozumowania jest, myślę, oczywisty. szwedzki sklep meblowy nazywa miejsca parkingowe o ponadstandardowych wymiarach „miejscami dla rodziny”. co znaczy, że - okazuje się – można. makaron ugotuj „w ząbek”. al dente. MYSZOID. - … na nie poluje ptaktan. – mówi Nowy Człowiek. – tu ma taki worek … Nowy Człowiek szkicuje gigantycznego gryzonia i objaśnia rysunek. - on nie ma krwi i tak się otwiera i chowa młode. - nie jest unejwiony. – wtrąca Erna. robi własne dzieło, ale łypie w pracę brata. - nie jest unerwiony? – upewniam się u źródła. - nie ma nerw? - Nowy Człowiek się unosi, wzburzony. mocno gestykuluje. - nieprawda! ja tego nie powiedziałem! to Erna! Erna wycina focha. - w dodatku ma dużo nerw! i żyje na łąkach! Erna pielęgnuje grymas, trze swoją kredką o obraz. - a to czarne, to co to jest? – pytam. chcę szybko rozładować. Silny stoi nieopodal i żeruje na miseczce śniadaniowych cookies. wkłada do buzi jedno mikre ciasteczko, drugie, trzecie … rozgryza. uśmiech! - to są bjwi! – rzuca Erna. - nieprawda! - Nowy Człowiek wie lepiej. – to nie są brwi! to jest jego ozdoba. to jest tylko na uładnienie! to nie są brwi! Erna się obrusza. - no, Piki, no. – schyla się nad Silnym, czule. – chuopaku, ije ti jesz! Silny chichoce. zmieszaj ser, natkę i pomidory. posól. dopraw oliwą. makaron odcedź. - mama, - Erna unosi palec. siedzi nad gazetą. skupia się nad artykułem. – tejas bendziesz mi podpowiadać jiteji, a ja bende przeczytywać. - ok. – mówię. - mama, to jest jot? – pyta Erna. uderza w pierwszą literę tytułu. - nie, to jest es. – mówię. - mama, a to jest jot? – pyta Erna. uderza w drugą. - nie, to jest ka. - mama, a to jest jot? – pyta Erna. uderza w trzecią. - nie, to jest er. - a to jest jot? - nie, to jest o. m. n. o. ś. ć. - mama, a gdzie jest jot? – irytuje się Erna. już blisko, już tuż mówię. - mama, a ty masz wszystkie gazety na świecie? – pyta Erna. jest w tym duma. i są stosy nie przeczytanej prasy – jeden na kuchennym parapecie, drugi na stole. mało ostatnio czytam, mam intensywne tygodnie. - nie, jeszcze nie wszystkie. – mówię. - czemu? - Nowy Człowiek podnosi głowę znad swoich zajęć. – a ilu ci brakuje do kolekcji? przewracam oczami. - czterech tysięcy? – spontanicznie, biblijnie indaguje Nowy Człowiek. 144.000, powiedzmy. na szczęście dla kuchni. wymieszaj makaron z sosem, serwuj zimne rosé, degustuj.
***
nie mamy złudzeń - Nowy Człowiek nie będzie Nowym Łomnickim, ale przez debiut na deskach teatru przeszedł z ostatecznie podniesionym czołem. [prawy chiński kuchcik ;))) ] ![]() ![]() ![]() ![]() by zimno | 2010-06-27 23:06:25 | skomentuj! (37) 1.904
by zimno | 2010-06-21 23:53:06 | skomentuj! (34) 1.903 samochód, którym rozwożę nielaty po punktach edukacji [a siebie do pracy] nie jest ani wąski, ani krótki, więc z ciasnych miejsc parkingowych wyjeżdżam, bywa, na dwa, albo na trzy razy. kręcę kierownicą między wstecznym a „naprzód” i wtedy – w ośmiu na dziesięć przypadkach, wtedy zjawia się pankrzyś z centrali. pankrzyś daje mi dobitne znaki ramionami, „kręć! kręć!” pokrzykuje pankrzyś, „masz miejsce!” huczy na pełne gardło i pokazuje ile miejsca, nagle ze mną w spontanicznej komitywie, samorzutny sensor cofania. [Dawcy w analogicznych sytuacjach nikt się nigdy nie trafia, żadna panihania z banku, inteligentna asystentka od-parkowywania. oczywista dyskryminacja!] - dam radę. – syczę do dzisiejszego krzysia. wyobraźpansobie - sama. spieszę się. [i chciałoby się dodać, że czy mam na czole napisane „debiutantka”, ale ogłada nie pozwala]. pankrzyś niemile się wzdraga, wzrusza ramionami. tak, to przejaw tej samej mentalności, która dziennikarzowi renomowanej gazety dyktuje takie zdanie opisu bohatera reportażu, że ma ów traktor, miłą żonę, czwórkę dzieci i trzy hektary [zgubiłam namiar na artykuł, linka nie będzie]. więc wiwat irytatorom. i dlatego jestem za parytetami. Nowy Człowiek nerwowo wymachuje dłonią. jest rozgorączkowany. - jeżeli stracisz dziecko, - rzecze. – to nie miej do mnie pretensji, ostrzegałem cię. kiwam głową. podnoszę Silnego z podłogi, tłukę chochlą o garnek. - a jak wpadnie pod samochód? – wzburza się Nowy Człowiek. – i zabita? to jak? - nie wpadnie, - mówię. – nie bój się, nie wpadnie. Silny wciska mi głowę w załamanie szyja/ramię. sos przywiera do dna. trę. - wpadnie. – kwęka Nowy Człowiek. – zobaczysz, że wpadnie. nie. - wpadnie. – jęczy Nowy Człowiek. Erna wbiegła chwilę temu do kuchni po to, żeby dostać aprobatę na spacer z Igą i z jej rodzicami na odległy plac zabaw. sama! - nie powinnaś … - pomstuje Nowy Człowiek, a później nie może dojeść obiadu, kawałki pieczonego mięsa mu rosną, puchną, mnożą się. powtarza: - a jak wpadnie? zobaczysz, że wpadnie. wpadnie! repetuję zaprzeczenie, jak mantrę. człapie Silny. niesie dużą książkę, delikatnie kartkuje, trafia na obrazek z małpami. małpy rozhuśtały liany, skaczą z palmy na palmę. Silny trafia palcem w najmniejszą małpkę. patrzy na mnie. później, tym samym palcem celuje w siebie. uśmiecha się. tak, tak, przez przypadek. biję Silnemu brawo. Silny jest dumny. - ty jesteś ta. – Nowy Człowiek pochyla się nad ilustracją. celuje palcem w małpę z dzieckiem, jak z plecakiem. – ta najbardziej szalona. małpia matka, jak małpa. zwisa, dziecko na niej. - a ja ten. - Nowy Człowiek wybiera najchudszego z pawianów. by zimno | 2010-06-15 23:11:31 | skomentuj! (24) 1.902 - mama, a wiesz co? – epifania Erny wyrywa mnie ze stuporu. – a moja wiobjaźnia taka jest, że fszystko jest józiowe! mówię: - ładnie. - nawet kjokodije, taka jest moja wiobjaźnia! - Erna zatacza kręgi ramionami. – nawet bajony, nawet! minęły cztery dni od zabaw z Silnym żyrafką, trzy pobudki nad ranem do pracy i jakieś siedem prań. osiem. - mama, - ciągnie Erna. – aje Pikowi jobiłaś tak zijafką, jak bijiśmy! Erna wycina ramionami spirale. Silny błyskotliwie patrzy. - rozmawiałyśmy o kolorach. – bąkam. – różowych. może wróćmy … - … a tak nie moźna, kiedy duzie dzieci tak chcą! Erna mnie mierzy z wyrzutem. Silny siorbie potężny łyk soku z plastikowej butelki z żabami. - tijko Pikiego kochasz! – Erna wcelowuje we mnie oskarżycielski palec. - bujda! – idę w ofensywę. – wiesz, że to nieprawda! - pjawda, - chlipie Erna. – a Din sie piejfszy ujodził i miał ciebie przy ujodzeniu! Erna się rozkleja, rozczula. jeszcze chwila --- zapłacze. - ktoś musi być pierwszym dzieckiem, - objaśniam. – ktoś drugim i tak dalej. no, chyba, że to bliźniaki. Erna opracowuje dane. Silny kiwa głową, milczący analizator. butelka z sokiem spadła na podłogę, toczy się prosto pod stół, obficie rosi kroplami. - mama, - Erna wraca do entuzjazmu. – a ja tesz biłam piejfsza, tijko że tjoche djuga! aha. - … a Piki bił w ogóje! ktoś w gorszym położeniu lepiej pozycjonuje naszą własną sytuację, czy to nie uniwersalna prawda. - w ogóje bił Piki! – cieszy się Erna. Silny, nadal poza tą grą, nie kontestuje, przyjmuje, milczy i mądrze patrzy. *** weekend mieliśmy bardzo. ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() by zimno | 2010-06-09 22:47:19 | skomentuj! (24) 1.901 - a tu żyrafka, - animuję plastikowym zwierzęciem. – do Pika leci! leci! leci! Silny leży na łóżku w świeżej pieluszce i w czystej piżamie, wierci się i zaśmiewa. wyciąga ręce po zabawkę --- - żyrafka leci! leci! leci! – powtarzam. żyrafa, na przekór grawitacji wycina beczkę w powietrzu. Silny, szczęśliwy, popiskuje. bulgoce radośnie. Erna wspięła się na oparcie fotela. przyczaiła. łypie chmurnie. - ja fszystko widzę. – rzecze. robi groźną minę. – i fcale to tak nie można. – napomina mnie srogim gestem. – bo dzieci duże też tak chcą, kiedy to widzą. żyrafka pikuje. Silny wyje ze szczęścia. zaciągamy zasłonę milczenia na to, ile czasu spędziłam dzisiaj z dużymi dziećmi i nie robimy całki z różniczki, ile z tego z Silnym. Silnego monopolizował ojciec dzieciom. - mam tylko jedną osłonę nogochronną! – Nowy Człowiek unosi palec. przemawia z emfazą. w familijnym widowisku na trzech komediantów wypada jego kwestia. – tragedia! tragedia, potwierdzam. - gdzie jest moja skarpeta? – Nowy Człowiek celebruje swoje szekspirowskie kwestie. - bladego pojęcia. – przyznaję i bez przekonania zanurzam ręce w stercie lekko wilgotnych ręczników i zużytej dzisiaj odzieży. Silny wypełza mi spod ramienia, zsuwa się z łóżka, podąża przed siebie. - mama, a ti jesteś pjawdziwim dzieckiem? – pyta Erna. - pewnie. – kiwam. Silny dopada książek Nowego Człowieka. - ale Bójc* tego nie może! – grzmi właściciel biblioteki.– bo nie ma ani trochę oleju w głowie! Silny, głuchy na obelgę, zawzięcie kartkuje opasły wolumin. - … nie ma ani kropli! – huczy Nowy Człowiek. ruchem rąk zaklina powietrze wokół Silnego. - ale nie móf to cioci, - Erna zawiązuje ze mną błyskawiczną komitywę. wkleja mi się w plecy. – słowo stoi? stoi. - inaczej nie bendzie pjezentóf! – Erna łagodnie mi grozi. Silny się odwraca, mierzy Nowego Człowieka, potyka i – klaps! osuwa się na podłogę. rozgląda się bezradnie. – aje jak powiesz, daje ci djugą szanse. – łagodnieje Erna. ok. ciężko opadam na kanapę. sięgam za plecy. niedźwiadek na baterie najpierw dynda mi z ręki, żeby ostatecznie siuuups! zakręcić pętlę w powietrzu i wylądować głową w dół, w fotelu naprzeciwko. - je-suis-con-tent. – uderzenie uruchamia dźwiękowy mechanizm zabawki. - je suis content! – misio popiskuje mechaniczną frazą. niedźwiedziej recytacji akompaniuje pogodna melodyjka. * Rozbójnik - alternatywne pseudo Silnego
***
a w ciągu dnia --- ahoj, przygodo! ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() by zimno | 2010-06-05 23:48:17 | skomentuj! (8) 1.900 ![]() ![]() ![]() jedną ręką strzelam foty, drugą opuszczam szybę od strony kierowcy i --- - mama, - pyta Erna. – co zjobiłaś? . . . dobra. to niewykonalne. nie opuszczam i jednocześnie nie utrwalam, bo przy takiej kombinacji musiałabym dzierżyć kierownicę kolanami, a to byłoby – jadę wszak z dzieckiem! – to byłoby nieodpowiedzialne. więc najpierw utrwalam. w człowieku, we mnie jest wymieszana z lękiem fascynacja żywiołem, jakaś chęć otarcia się grozę, która nie może mnie dotknąć, przynajmniej na razie. patrzę w rzekę szeroką, jak morze i patrzę. utrwaliwszy, opuszczam szybę od strony kierowcy i --- - mama, - pyta Erna. – co zjobiłaś? - wyrzuciłam gumę. – odpowiadam. - yyy! – potępiająco buczy Erna. – nie ociściaś ziemi! [alternatywną reprymendą bywa „nie zaciściłaś ziemi! mama!”. ale nie tym razem.] - tak nie mogą judzie jobić! – Erna celuje we mnie drobnym palcem. przyznaję Ernie rację. - ostatni jaz tak zjobiłaś! jasne. przesuwamy taśmę. . Silny wskakuje mi na kolana. łowimy Silnego na ulicy, stoi z Panią Wychowawczynią nad świeżym, wilgotnym wykopem i z nabożeństwem obserwuje koparkę. nadjeżdżam i Silny ochoczo wskakuje przez okno na moje kolana, chwyta kierownicę, potrząsa gałką zmiany biegów, radośnie pomrukuje, turlamy się do bramy. . taśma! taśma! ob-jadek. Erna szeroko referuje schorzenia przedszkolnych koleżanek, kładzie akcenty na alergie pokarmowe, zachwyca się wziewnymi i szpetnymi skutkami wypadków. - mama, - Nowy Człowiek łypie spod szańca brwi. – mama, a ja bym chciał być uczulony na warzywa. wszystkie. tak? - mama, - Nowy Człowiek smętnie dłubie w mięsie. – a wiesz, jak się można uczulić na warzywa? mama? wprowadzono dane. wikimama odpowiada: - niewiem. niedasię. - mama, - teraz Erna ma głos. – boji mnie brzuch. - pewnie z głodu, - rzucam. – zamiast jeść obiad, gadasz. Erna wzrusza ramionami. - cojas bajdziej mnie boji. – Erna stęka. wykrzywia twarz. – aje na szczenście tyjko tjoche. - mama, - Nowy Człowiek skrobie palcem w blat. – a krab ma w sobie wartościowe białko, które pozwala rosnąć? - yhy. ale skąd wiesz, - pytam. – o krabie? - nie powiem ci. - mama, - Erna jęczy. szarpią ją bóle. ciągnie własną frazę. – boji mnie brzuch, a to znaci, że za chwije ujosne. - mama, a krab jest dodawany do suszi? . odpadam. . klaps. by zimno | 2010-06-01 23:11:22 | skomentuj! (10) 1.899 słońce! aż trudno uwierzyć. ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() Erna znalazła w piasku szkielet dinozaura. jest pjawidziwim naukoffcem. Nowy Człowiek zlokalizował tropy zwierzęce w grząskiej ziemi. Silny inteligentnie się rozglądał. pierwszy wiosenny weekend 2010. by zimno | 2010-05-29 23:09:18 | skomentuj! (16) 1.898 w formie do mrożenia kostek lodowych Erna upiekła ciastka. - upiekuam ciastećka, - rzecze Erna. – mamo. częstuję się. elegancko chwytam powietrze w dwa palce. mniam. - znakomite. – chwalę. Silny patrzy. Silny się trzyma kurczowo mojej nogawki. - spjóbuj, majutki. – zachęca Erna, nachyla się nad Silnym z ciastkami. Silny próbuje utrafić w konwencję. zapuszcza żurawia w formę pustą od ciastek. wyciąga rękę i ostrożnie chwyta brak ciastka. mniam! mniam na bis i Silny ze smakiem zatapia zęby w foremce, forma jest w potrzasku, Silny tryumfalnie potrząsa głową, tyranozaur na polowaniu. silikonowa forma łopoce. - Piki! – dygoce Erna. Silny rozwiera szczęki, forma wolno opada. plask. - mama, - zagaja Nowy Człowiek [dzisiejsze widowisko jest na trzy dziecięce role, czyż nie zacnie] - a wiesz, dlaczego smoki w bajkach zjadają rycerzy w zbrojach? a zjadają? - bo tacy im więcej smakują, - wyjaśnia Nowy Człowiek. – bo mają więcej żelaza. tak. zgrabnie ująłeś rzecz. więc żeby nie spalić puenty w notatce nie dopytuję, czy Nowy Człowiek wie, co to oznacza. - … i smoki dzięki temu są mocne. być może wie. kto wie. - mama, - Erna się wspina na palce. – a ja musze bić ksienźnićką, bo ksienźnićki są takie, jak ja. o, ernocentryzmie! - a ti w tej bajce bendziesz osłem. – rzecze Erna. więc, kwestia z offu, jaka to bajka? - kto? – pyta zaniepokojony Nowy Człowiek. - no mama. Erna się kłania. szeroko zamiata ręką. jesteśmy w pokoju panny. - … i wjeście mam tu na kjójika miejsce. – cieszy się Erna. z zadowoleniem muska porządek płynnym gestem, nad swoim porządkiem tańczy. – sobie tak pospszontałam tu jutjo, - rzecze. – o tak, - pokazuje, jak. - jednym machem. brawa. by zimno | 2010-05-27 23:23:44 | skomentuj! (12) 1.897 idę. idę przez korytarz w przedszkolu Erny, przez szatnię, co prawda to zaledwie jakieś cztery metry, może pięć, ale idę --- idę, kroczę, brodzę w powietrzu, tnę atmosferę szatni obcasami, idę wolno, celebruję marsz, wszystko się może zdarzyć. idę wprost w tablicę z pracami plastycznymi przedszkolaków. kochane nielaty zrobiły kolaże na dzień matki, obrazki z fotografii rodziców i ze starannie dobranych wycinanek. mamaMarzeń według Erny? voilà. . . . . . . . . . . . ![]()
by zimno | 2010-05-26 23:20:59 | skomentuj! (20) 1.896 - zobaciłam pieska! – chichoce Erna. - gdzie? – pytam. leżymy na dużym łóżku. od lewej Nowy Człowiek, ja, Silny, Erna. Silny zasnął, Nowy Człowiek się wierci. nielaty usypiają hurtem, najpierw kąpiel – linia produkcyjna, później taśmowa historia na dobranoc, wreszcie buzi w trzy czoła i – śpicie! to wydajniejsze, niż się bawić w pielgrzymki do trzech łóżek po kolei. ale nie. Erna nie śpi. wysupłuje rękę spod kołdry, drobnym palcem chce przewiercić perforacje w suficie. - no tam, - mówi. - taki cień. - zaraz zobaczysz kotka. – ostrzegam. - gdzie? – żywo interesuje się Erna. - tu. i wbijam palec w siebie. - a djaciego? - bo zaraz odwinę kota. wiesz co to znaczy? nie. - że ktoś zwariuje. tak wywracam oczy białkami do góry, że wiadomo, że ów ktoś to ja. - a djaciego? – zasmuca się Erna. - bo nie śpicie. więc raz – dwa – trzy i --- sen. . - mama, - zagaja Erna. tkwimy w korku. czas płynie, odpadają nieubłagane sekwencje sekund, minut, za kwadrans szkoła przywiąże Nowego Człowieka do słupka przy wyjściu [pardon, szkoło, wiem, że nie przywiążesz, ale to taki nośny obraz. wizualizuję sobie Nowego Człowieka na krótkim sznurku do prętów przy wyjściu, kiedy tkwimy z Erną w stabilnej sytuacji drogowej na moście, albo przy przejeździe]. - mama, - zaczyna Erna. – a kiedyś sie jeździło koniami? - końmi. i jak można było szybko! - i kopita djziały tak tata-taj? – drąży Erna. jak melodyjnie! - tata-taj, tata-taj. – synkopuje Erna. przerzucam stare gazety, porządkuję torebkę. zatory drogowe wchłaniają mi lepszą część życia. tkwimy przy przystanku autobusowym. korek się wlecze, na przystanku stoi młoda kobieta z córeczką. mazg! – kobieta wymierza szybki cios w głowę dziecka, błyskawiczne plaśnięcie dłonią, jakiś syk, twarz dziewczynki wykrzywia grymas, jest w wieku Erny, nie płacze, kuli się i chowa przed matką w kącie między ścianą z pleksi, a ławeczką. koniec egzekucji. matka mieli kwaśne słowa pod nosem, dziewczynka przebiera nogami w miejscu. rozrywa mnie bezsilność --- korek rusza. --- i obojętność. - mama, sejce! – piszczy Erna. wymościła się na tylnym siedzeniu, ma kanapki, sok z rurką, zabawki, książeczki. – mama, zobać! - co? – pytam. - … zobać, jakie sejce na niebie ze chmuji! – monologuje Erna, obserwatorka meteorologiczna. – o, kjopejka! plum, plusk, plum-plum-plum, jeszcze kilka kropli o dach samochodu i wpadnę w histerię. - … o, słonik jatający! – cieszy się Erna. sytuacja na drodze jest statyczna, za to ta na niebie – wprost przeciwnie. - … a tutaj jego mama! jata w dół! okoliczności idą w stronę ulewy. - … tjośke ma za długą tjombe! obłoczek się skrapla nad nami z impetem. i pierwsza, i druga rzeka, przez którą przejeżdżamy wystąpiły z brzegów. [zaraz wpadnę w histerię] - mama, a więzienia też zalało? – pyta Nowy Człowiek, kiedy zamiast kreskówki na dobranoc oglądamy dziennik. - chyba nie. - a kiedy zaleje więzienia, - Nowy Człowiek boi się tego, co widzi, więc racjonalizuje lęki. – to będzie znacznie gorzej, bo będą musieli wypuścić złodziei. . ubiegły tydzień spędziliśmy w cieniu akcji „Silny i trzydzieści dziewięć oraz kilka kresek”. zęby? skutki szczepienia przeciwko śwince/odrze/różyczce? nie mam pojęcia. jeżeli mogłabym życzenie [na Dzień Potrójnej Matki, na Międzynarodowe Święto Rozstępów, whatever] – z chęcią przyjmę choćby jeden nudny tydzień, od zaraz, teraz. . Erna odkłada niedojedzony kolacyjny kawałek chleba. - jusz wistajci, - rzecze, przybiera tragiczną minę. – bo jusz mnie nogi boją i zajas zaciejpne. nie cierpnij. rozprostuj kończyny. wstań, idź. by zimno | 2010-05-25 00:13:46 | skomentuj! (18) 1.895 - mama, - resztą sił pyta Nowy Człowiek, składa pytanie i za chwilę już śpi. – możesz mi powiedzieć, dlaczego dni tak szybko mijają? nie wiem --- dlaczego myślisz moje myśli, kwestia genów? . Silny co prawda nadal nie przesypia nocy, ale kiedy rano mi otwiera oczy palcami – rozpływam się, masochistka. Silny jest rano pełen energii [o czwartej, godzinie desperatów, zjada repetę kaszki-usypiaczki, wstaje syty i świeży]. wstaje, chwyta się dłońmi za głowę [jaki cię nęka problem, Silny? - piejemy] i oczekuje odzewu. znam reguły gry - chwytam się za głowę z palcem Silnego w źrenicy. Silny się śmieje. . krzątam się w łazience. - kaźdi ma fajnie, jak jest duzi, - konstatuje Erna. - pjawda mama? bo ja wiem. Erna uważa, że dużym jest fajnie, miewają niezłe majowitka do oczu i pejfumiki. nadciąga Piki. - ti bendziesz duzi, - czule przemawia Erna, pochyla się nad Silnym. - bendzieś sijny, bo bendzieś duzio jadł. ja to wiem. to akurat - ja też. Silny to smakosz/koneser. - … bo duzio ja pzieziłam, - Erna manewruje nad bratem palcem, jak wskaźnikiem. - aje to nie znaci, że już jestem staja i już koniec. smutna puenta. Silny beczy. - chcesz niunia? - Erna się rzuca na poszukiwania smoka. - mama, ja znajde niunia dja Pika! świetnie. jest smoczek. wpadł pod zlew. Erna rytmicznie macha ręką. - jeszcze wieje, wieje jat, - rzecze. - kiedy ti będziesz staja, mama, pjawda? oj, wiele. - Piki, - Erna nurkuje nad Silnym. - kiedy ti będziesz już duzim panem, ftedy mama bendzie staja. jest w tym niezłomna logika. - i ftedy pani ci ujodzi dzidziusia ... Silny się dziwi. - ti nie ujodzisz dzidziusia, - spokojnie tłumaczy Erna. - no patrz, ty nie masz tam potszebnych rzeczy, żeby ujodzić dzidziusia ... przysposobienie do życia w rodzinie, czy to aby legalne, Erno? - ti nie pójdziesz do szpitajika, - ciągnie Erna. - żeby ujodzić dzidziusia. Silnemu znowu zaczyna drżeć broda. - nie trzeba puakać. tak jest w naszym życiu. że każda pani, któja ma dzidziusia musi uwaziać, żeby nie włoził czegoś do buzi ... na przykład lalczynego obuwia/odzieży, jak dzisiaj rano Silny. - taka jest odpowiedziajność. – objaśnia Erna. - to nie tak, że ciongle się jest młodym i moźna odkjiwać jóźne zieci. to nie tak. w doniosłym nastroju kończę krzątaninę. . przenoszę centrum familijnego zarządzania do kuchni. nadchodzi Dawca, ma w ręku garść plastikowych bransoletek. tłumaczy, że to od Erny, że powinnam bezwzględnie przyjąć dar, Erna nalega. więc dźwięczę przy śniadaniu przedramieniem. po posiłku Erna odciąga mnie na stronę. dopytuje, czy mi się podobał prezent. - niezmiernie. – zapewniam. Erna przybiera poważną minę. - chciałam, - rzecze. - żeby tata ci zjobił wjazienie. to djatego, że ja tak chciałam. całkiem udana gierka. by zimno | 2010-05-16 23:22:16 | skomentuj! (27) 1.894 wzorem perypatetyków Erna duma, poruszając się. - mamo! – mówi Erna. odwracam się. - mamo! – mówi Erna, wyciąga się w foteliku, żeby lepiej widzieć to, co jest za oknami. – mamo, zobać, bzitka pani! taka, jak ciajowinićka. – ekscytuje się Erna. - gdzie? - tam! – Erna wskazuje mijany przez nas przystanek. – tam, tyljko ją pszejechajiśmy! mówi, a później analizuje to, co właśnie powiedziała. - a wieś, co to znaci pszejechaliśmy? - pyta. - m-m. - że ją objechajiśmy. – tłumaczy Erna. ma dobitną artykulację. wzruszam ze zrozumieniem ramionami. Erna rozkłada ręce, czarowniczkę nieodwołalnie wchłania przestrzeń i upływ czasu, mija kilka godzin, wracamy. - mama! – cieszy się Erna. – mamo, zobać, jaka śjićna pani! nie widzę, nic nie widzę, jadę. - tesz bim chciała mieć taką mamę, pjawda? – mówi rozanielona Erna. – tesz sie tak kjediś pszebieziesz? mamo? - jak? jak ona wyglądała? – ukradkiem łypię we wsteczne lusterko, konfrontuję się z sobą i wzdragam. - miała bijałe buciki - z namaszczeniem wyszeptuje Erna. – i jeginsy bijałe. a bjuske na ciejwono. tak sie ubjała. prze-ładnie. energicznie zamykam przeciwsłoneczną klapkę z lustrem. bach. - a co ci tu, Erno, upadło? – pytam i skrobię w plastron Erny spódnicy na szelkach. dojechałyśmy do domu, Erna siadła na brzegu kanapy i macha nogami. - mmm. – twarz Erny przeszywa spazmik. – bo biło na objat zbagjety, - tłumaczy. – i tjośke nie uwaziałam. – tłumacząc, przewraca oczami. - aje pomajańciowy tesz jest ładny. de --- coloribus, jako mawiali Rzymianie. by zimno | 2010-05-13 23:45:54 | skomentuj! (17) 1.893 zamiast bloga w weekend Planckendael.
by zimno | 2010-05-04 17:50:41 | skomentuj! (42) 1.892 - a gdzie się kończy … [nie mogę złapać pierwszego zdania, mówię do Dawcy, nie wiem, od czego się ta notka ---] - a gdzie się kończy brzuch? – pyta Nowy Człowiek. [zaczyna, nie mam pojęcia, jak zacząć tę notkę, żalę się Dawcy, pijemy piwo] --- pyta Nowy Człowiek, wypręża chude końcówki w wannie, kościste ramiona, długie piszczele. [piwo wiśniowe z jednej butelki na kanapie przed tv] - a dokąd jest brzuch, - nalega Nowy Człowiek. – mamo? - chiba dotont. – chichoce Erna. [zacznij od drugiego, mówi Dawca. łyk] Erna uderza kantem dłoni w mostek, w przeponę, w żebra. - nie, dotąd. – przekonuje Nowy Człowiek. opasuje korpus palcem wskazującym pod pachami, w pachwinach. - niebo – Erna przecząco kiwa głową. – …bo pempek tesz jest w brzuchu. więc nie znajdujemy anatomicznego konsensusu w łazience. tymczasem – werble! – Silny idzie. dłonie zwinął w piąstki, dwa tycie stabilizatory, trzyma niewidoczną kierownicę, delikatnie stawia stópki, maleńki baletnik. idzie naprzód, stabilizuje, skręca. naprzód, stabilizuje, zawraca, to jak nauka jazdy na rowerze, na przyrządzie maciupeńkich nóżek, pierwszy raz tak to widzę. Silny opanowuje ciało, jak urządzenie. bierze dwa klocki i precyzyjnie nimi o siebie uderza. stoi, rozgląda się, wprawia się w ruch, noga, noga, stawy, mięśnie, stateczniki w rękach. [chociaż, mówiąc prawdę, dzisiaj, w drugim dniu idzie! Silny ma regres i większe zaufanie do czterech kończyn naraz przy przemierzaniu przestrzeni, to też chyba tak jest, mgliście pamiętam podobny efekt idzie! u Erny i u Nowego Człowieka] … po kąpieli leżymy na dużym łóżku … kotłujemy się na dużym łóżku przed zaśnięciem, są wybory ulubionego dziecka czwartku [wybierz mnie! wybierz mnie! wybierz tylko mnie! --- wygrywają wszyscy]; jest trudny dobór lektur - Nowy Człowiek ma własne czytelnicze preferencje, Erna ma odrębne; wypływają jakieś nie załatwione sprawy mijającego dnia, że kredki Nowego Człowieka zostały u babci [akurat te, których było trzeba, niezastępowalne, bo jest w nich odcień zieleni niezbędny do słonia w naturalnym otoczeniu], Ernę nęka ból istnienia, beczy: - mama! – i łypie na mnie z wyrzutem. – a czemu tak Pika całujesz ciongle, przeciesz nas tesz powinnaś! całuję przecież. Silny pokonuje wyżyny mojego korpusu w poprzek, zatrzymuje się, dźwiga na przednich kończynach, unosi brzeg czarnej koszulki, nachyla się i --- - prrryyyt! spada na mnie pierdziosznik - taki jak te, które Silny ma ode mnie po myciu. Silny wybucha śmiechem. po dwudziestej drugiej ciężko osuwamy się na szezlongi przed tv, Dawca, ja, laptop , wiśniowe piwo. mam pustkę w głowie ze zmęczenia. - nie mogę złapać pierwszego zdania, - mówię do Dawcy. - nie wiem, od czego się ta notka zaczyna. by zimno | 2010-04-22 23:56:45 | skomentuj! (30) 1.891 Erna plądruje szuflady w kuchni, wreszcie spomiędzy rolek folii spożywczej i zwojów folii aluminiowej i arkuszy papierów do pakowania kanapek dobywa garść patyków, wyłuskuje jeden, biegnie do swojego pokoju, rysuje flagę-proporzec i tu! w tym! miejscu każe ją sobie osadzić na kijku, przykleić taśmą klejącą, przytwierdzić na sztywno. ma szturmówkę. powiewa. [to piorunujący efekt ubiegłotygodniowej edukacji patriotycznej ad hoc w punktach pobierania wiedzy] Nowy Człowiek pyta, dlaczego nie mamy telewizora w kuchni [a pani od czegoś tam ma!] i dlaczego nie możemy oglądać wiadomości przy kolacji i dlaczego – dlaczego – nie znam na żadne z jego pytań wystarczająco patriotycznych odpowiedzi. rzadko się tutaj odwołuję do realiów zewnętrznych, teraz nie mogę ich pominąć. zresztą – klaustrofobiczny światek, w którym jest tylko mama i są dzieci nie istnieje. w prawdziwym świecie ludzie umierają – codziennie i w połowie drogi do realizacji planów, mając zamierzenia i marzenia, umierają nagle, albo po długiej chorobie. mam głęboki smutek na myśl o przemijaniu, tym gwałtownym i o tym, które się dzieje każdego dnia. ale w grze w zbiorową bezrefleksyjną histerię bez namysłu wybieram opcję narodowa apostazja. i nie spowijam się w kiry. nie poczułam gwałtownej potrzeby, żeby osadzić w fasadzie flagę, nie nabyłam frazy mój/nasz prezydent, bo nigdy nim nie był, był prezydentem swojej partii, jak bardzo nie patriotycznie jest dzisiaj o tym przypominać. starożytna zasada de mortuis nil nisi bene dotyczyła sfery prywatnej. zmarły nie obroni się z zarzutu domniemanych albo rzeczywistych niegodziwości, więc słusznie jest mu odpuścić, zamilknąć. poglądy polityczne, dokonania [albo ich brak], spektakularne publiczne potknięcia – jeżeli i je śmierć miałaby wymazać, to zakażmy nauki historii, grzebanie w przeszłości zawsze urazi kogoś z umarłych i zagrozi nieposzlakowanej o nim, błogosławionym śmiercią, pamięci. tragiczna śmierć nie uwzniośla, nie przewartościowuje życia, nie ma w niej żadnej zasługi, wypadek nie opromienia nimbem bohaterstwa. podobnie zresztą, jak urząd – on nie przyobleka w godność. jest funkcją – w demokracji przechodnią, wypadkową szczęścia, determinacji, siły przekonywania i przypadku, stąd – śmieszy mnie fraza „pierwszy obywatel”, tak na marginesie. a naród lubi wyhodować traumę i czule ją pielęgnować, nie pojmuję tej potrzeby. w czarnym narodowi do twarzy, mi co prawda też, ale moje czernie są prywatne i niezależne od okoliczności zewnętrznych. ten tekst byłby inny, przyznaję, gdybym go pisała w ubiegłą niedzielę. ale piszę dzisiaj. smutek, przygnębienie, gwałtowne poczucie kruchości życia/planów/ zamierzeń dawno ustąpiły miejsca zażenowaniu. koncept pochówku w muzeum mam za nachalną próbę utrwalenia się w historii przez kryptę. i jestem zdegustowana labilnością tak zwanej opinii publicznej, tym, że przypadkowa śmierć przefiltrowała bezpardonową krytykę w bezrefleksyjną gloryfikację. więc nie umiałam w ubiegłym tygodniu dać nielatom lekcji z patriotycznego zadęcia. rozmawialiśmy o cierpieniu, żalu i bólu po stracie bliskich.
***
by zimno | 2010-04-19 23:54:56 | skomentuj! (106) 1.890
by zimno | 2010-04-09 23:43:19 | skomentuj! (34) |
księga poczt@ solidarność matek wieloetatowych ---
stare teksty 2010 wrzesień sierpień lipiec czerwiec maj kwiecień marzec luty styczeń 2009 grudzień listopad październik wrzesień sierpień lipiec czerwiec maj kwiecień marzec luty styczeń 2008 grudzień listopad październik wrzesień sierpień lipiec czerwiec maj kwiecień marzec luty styczeń 2007 grudzień listopad październik wrzesień sierpień lipiec czerwiec maj kwiecień marzec luty styczeń 2006 grudzień listopad październik wrzesień sierpień lipiec czerwiec maj kwiecień marzec luty styczeń 2005 grudzień listopad październik wrzesień sierpień lipiec czerwiec maj kwiecień marzec luty styczeń 2004 grudzień listopad październik wrzesień sierpień lipiec czerwiec maj kwiecień marzec luty styczeń 2003 grudzień listopad październik wrzesień sierpień lipiec czerwiec maj kwiecień marzec luty styczeń 2002 grudzień listopad październik wrzesień sierpień lipiec . konkurs ABCD crazy-house dada agA airghe cichosza do-dziecka EFGH głodne duchy gorcula fiolka gogenzola grzybek IJKL jak-ciotka june kotkolot lisa lumpiata joanna28 laska1 MNOP pierwsza mama-mia mam-a--oskara pierwszaklasa monstermama noidobrze po prostu pranie matkamojegodziecka matyldaa pjotruska RSTUV tirana sistermoon skafander-i-hiena raketenflugplatz vilq WXYZ wierny wawrzyniec zojka zupka |